"Trzymam się morza" już w naszym sklepie, tylko u nas możesz otrzymać książkę z autografem autora!
stary

Czytelnicy piszą

„Trzymam się morza” wzbudza emocje.

Żadna z moich dotychczasowych książek nie wywołała takiego odzewu jak „Trzymam się morza”.

Jest sporo pochwał, ale są też ważne uwagi, które wykorzystam w drugim wydaniu.
M.K.

…….

… a mnie złapały od klimatyzacji korzonki. O bólu pozwala mi od czasu do czasu zapomnieć Macieja książka, którą czyta się fantastycznie. Moim zdaniem to chyba najlepsza Jego książka. Tak płynnie przechodzi z jednego tematu w drugi, że mam wrażenie, że płynę po morzu. Macieju, wielkie gratulacje raz jeszcze.

Ela Stütz – nie żegluje, pięknie fotografuje kwiaty

 

Książkę skończyłem czytać. Jak Ty to wszystko spamiętałeś ?? Uzgadnianie faktów musiało zająć ogrom energii i czasu. Moje gratulacje Maćku. Bardzo mądre przesłania i z polotem pisana treść. Dziękuję za fajnie spędzony nad nią czas.

Grzegorz Kotyński – żeglarz, armator pełnomorskiego jachtu

 

Książkę przeczytałam od razu i z wielkim zainteresowaniem. Gratuluję ciekawego podjęcia tematu, kawałka polskiej historii żeglarskiej. Bardzo mi się podobała, zwróciłam też uwagę na delikatne, ale równocześnie wymowne ujęcie historii 3 Polek w podobnym czasie opływających świat. Dla mnie też te dwie sytuacje (z zawinięciem do portu i koleżanką na pokładzie), skreśliły tamte osiągnięcia od razu i zachwiały zaufanie do całościowego postępowania tych pań. Z Nataszą mam natomiast całkiem bliski kontakt do dziś, a poznał nas ze sobą w czasie gdy Natasza odbywała swój rejs, a my wybieraliśmy się na Papuę Nową Gwineę, Wojciech Jacobson.

Jeszcze raz dziękuję, że mogłam stać się częścią takiej książki, a także że dzięki tej książce poznałam lepiej historię wielu polskich rejsów.

Monika Bronicka – żeglarka z wód środkowo-zachodniego Pacyfiku

 

Napisałeś piękna książkę , tyle wspomnień, wzruszeń, ludzi… Czytałam, pochłonięta do końca. Jesteś ciągle w rejsie, a jeśli nie, to o nim marzysz. No i język wykwintny, a prosty oraz dowcipny.

Maria Słabicka – nie żegluje, polonistka

 

Halsuję przez książkę i to wspaniałe żeglowanie. Dzięki, że ją napisałeś.

Zbigniew Karnicki – żeglarz, rybak, naukowiec

 

Macieju zaczytałem się w Twojej książce. To piękna opowieść, a właściwie rejs przez czas i przestrzeń za linię horyzontu do Strefy Czasu, który już minął. On minął, ale jednak trwa w naszej pamięci. Oderwać się od niej nie można… Czytam na brzegu morza, fale uderzają w piaszczyste łachy, spieniają się i wracają. To dobry podkład dla Twoich morskich opowieści. Wszystko dopełnia wiatr, słońce, błękitne niebo…

Piotr Owczarski – żeglarz, historyk żeglarstwa

 

Po lekturze Twojej książki, zamówiłam 4 sztuki, dla każdej dziewczynki na przyszłość. Przyjemność czytania była ogromna, ciekawa i ciepła książka. Czyta się ją szybko i żal kiedy zbliża się koniec, często jednak wracam do niej przy kawie.
Mam nadzieję, że dobrze się sprzedaje i że zysk pozwoli skutecznie zasilić kasę hospicjum. Ja sama planuję zamówić jeszcze dwie w październiku, dla moich przyjaciół, których synowie właśnie zdobyli patent żeglarza i z zamiłowaniem pływają.

Monika Schulde-Jagiełło – nie żegluje

 

Ahoj ! Macieju, czytałem Twoje pisanie niespiesznie, co raz to robiąc małe przerwy, zwłaszcza w pierwszym rozdziale, kiedy to często napotykałem różne „kawałki” odświeżające mocno zamgloną już moją pamięć. W Giżycku, a dokładnie w Wilkasach byłem dwa razy na obozie żeglarskim, oczywiście wędrownym. Było pięknie. Mieliśmy do dyspozycji trzy jednostki, „Duże Żelazko”, „Małe Żelazko” i dezetę. Wspominam nocne wachty przy ognisku, wspólne śpiewanie czy gotowanie. Oczywiście była też portowa knajpa (jak śpiewała Alicja M.), była to słynna w tamtych czasach (może nadal) „Sielawa” w Mikołajkach. Zamykam oczy i widzę dziewczynę tańczącą na stole, ha. Na Śniardwach dało nam popalić, ogromna fala, pęknięty rumpel, który trzeba było wzmacniać linką, bo na kursie nikt nas nie uczył, że trzeba mieć przy sobie krawat… Wtedy to pierwszy raz widziałem, na wantach ogniki św. Elma. Oczywiście burłaczyliśmy, w którymś kanale byłem przy sterze i ktoś z przepływającego pasażerskiego stateczku zrobił zdjęcie, odpowiednio kadrując żeby nie było widać ciągnących jacht, i zamieścił w „Panoramie Północy”.

Wspominasz Pentland Firth, przepływałem tamtędy będąc, w ramach zwiadu na „Tyśmienicy”, zapamiętałem ogromne wiry dookoła. Potem płynęliśmy między Szkocją i Irlandią. Niezapomniane widoki i ornitologiczny raj. Tam zobaczyłem najpiękniejszy, jaki widziałem w życiu, księżyc w pełni na tle konturów grupy skał wystających z wody.

Piszesz, że łowiliście na „Likosarze” na południowej półkuli, a potem w drodze powrotnej przepływając przez równik był chrzest równikowy. Uważny czytelnik może mieć trudności ze zrozumieniem dlaczego nie przepływaliście wcześniej przez równik w tamtą stronę i będzie się zastanawiać, że może jakoś dopłynęliście od spodu, co mogłoby być dowodem, że ziemia jest płaska… bo do głowy mu nie przyjdzie samolotowa wymiana załogi. Myślę, że w wydaniu pośmiertnym „M.K. prace zebrane” powinieneś zrobić wyjaśniający odsyłacz.

Też miałem kiedyś, podobną jak Ty z Czesiem, rozmowę. Pamiętam, że ogarnęło mnie coś w rodzaju dumy, że wybrał mnie na tę rozmowę.

„Belona” widzę miała szczęście do ratowania potrzebujących pomocy. Po rejsie, o którym Ty piszesz, ja byłem na pokładzie i tym razem uratowaliśmy trzech senegalskich rybaków, którym zepsuł się silnik i wyniosło ich daleko na pełne morze. Trzeba było ich wyciągać, razem z pirogą.

Piszesz gdzieś cytuję „…albo mieliśmy specjalne zadania zwiadowcze czy badawcze”. Uważny czytelnik może pomyśleć, że autor działał pod przykryciem wykonując specjalne zadania dla służb…

Konstanty Chłapowski – biolog morza, ichtiolog

 

Maćku, zagłębiłem się w lekturę z dużą uwagą. Gratuluję! To bardzo ważna książka, która jest pewnego rodzaju podsumowaniem minionych lat w naszym żeglarstwie. Książkę czytałem niemal z wypiekami, odnajdując tam elementy związane z moim żeglarskim i zawodowym życiem. Poruszasz wiele istotnych i ważnych problemów dawnego i dzisiejszego żeglarstwa, w którym z racji uprawianego zawodu nie mogłem aktywnie uczestniczyć, ale byłem zawsze przy żeglarstwie obecny. Moje wcześniejsze zejście z zawodowego pływania było między innymi spowodowane pragnieniem żeglowania. W 1972 roku, podczas postoju m/t NIEDZICA w Plymouth zaprzyjaźniłem się z Zbyszkiem Puchalskim, który właśnie przygotowywał się do atlantyckich regat. Załoga naszego statku zajęła się remontami na MIRANDZIE, a Zbycha gościliśmy na naszym statku z wiktem i opierunkiem. Krzysiu Baranowski, przed swoim pierwszym wielkim rejsem na „Polonezie” spędził wiele godzin na podłodze w moim domu w Warszawie, gdzie na mapach Atlantyku, planowaliśmy wspólnie różne warianty przejścia oceanu (…) Cóż jeszcze mogę tu dodać, książka znakomita, dobrym, komunikatywnym językiem napisana i bardzo potrzebna, gdyż przypomina o rzeczach ważnych, o których nie można zapomnieć. Końcowy akcent ekologiczny bardzo ważny i dobrze, że puentuje tą książkę, którą wszystkim moim znajomym polecam.

Lobo Tomasz Sobieszczański – kapitan żeglugi wielkiej rybackiej, kapitan jachtowy

 

Z wielką przyjemnością przeczytałam Twoją książkę. Jeszcze raz gratuluję jej wydania!

Teresa Radziejewska – oceanografka, biolożka morza

 

Zrobiłeś coś, co chyba kiedyś chciałeś, żeby zrobił Wojtek Jacobson. Zrobiłeś antologię żeglarstwa polskiego. Dobrze, że coś takiego powstało. Fajnie to opracowałeś.

Henryk Wolski – kapitan jachtowy

 

Twoja książka też zamiast posłużyć mi, jako źródło wiedzy, jak normalnemu śmiertelnikowi, wywołała we mnie sentymentalną podróż do Pyrzyc, gdzie w ósmej klasie w szkole podstawowej nr 3, cały rok przygotowaliśmy się do obchodów przyjęcia imienia Leonida Teligi. Cały rok uczyliśmy się piosenki ” …bo jesteśmy przecież zakochani, w białych żaglach, słońcu i radości…” Piosenka wynurzyła się nieoczekiwanie z podświadomości, ożywiła wspomnienia tego czasu. Czasu święta szkoły, ale i naszego z nią pożegnania. Po ośmiu latach bycia razem, ruszaliśmy, jak Teliga, w nieznany nam świat. W moim przypadku niepewnie, z żalem.

Pewnie nie zakładałeś Macieju takich reakcji podczas czytania Twojego dzieła. A do tego dodam filozoficznie, jak my wszyscy jesteśmy powiązani. Kto by się wtedy spodziewał, że Cię w moim dorosłym życiu, poznam…

Dorotka Rhein – nie żegluje

 

Książkę już przeczytałem, bardzo mi się podoba, przypomina stare czasy, rejsy, ludzi. Musze przyznać że dość często pociły mi się oczy. Może nostalgia za tymi czasami, które były i już się nie wrócą. Przypomniały mi się szczegóły o których już zapomniałem. Dobrze piszesz Macieju, masz dar do tego, może jeszcze coś wymyślisz? Szkoda tylko że to wszystko co jest pozytywne w Polsce ma taki mały zasięg.

Jak to przekazać innym? Ludzie się pytają „a Polska ma dostęp do morza?”

Kazik Jasica – żeglarz, człowiek „Marii”

 

O różnych obliczach morskiego żeglarstwa pisze Maciej Krzeptowski w swej niedawno wydanej książce zatytułowanej „Trzymam się morza”. Naukowiec – ichtiolog, muzealnik, a przy tym kapitan jachtowy mający już za sobą dziesiątki lat doświadczenia morskiego, nie ogranicza się do relacji z odbytych wypraw naukowych na statkach rybackich oraz z bliższych i bardzo dalekich rejsów na różnych jachtach. Swoją opowieść rozszerza o relacje i opinie wielu żeglarzy, rybaków i innych ludzi związanych z morzem. W efekcie otrzymujemy bardzo cenny źródłowy opis znacznej części historii polskiego żeglarstwa morskiego w powiązaniu z bliskim autorowi rybołówstwem dalekomorskim.

Przede wszystkim prezentuje w tej książce nieco inny od powszechnego ogląd żeglarstwa morskiego. Pokazuje je jako wspaniałą szkołę życia i kształtowania ludzkich postaw. Symbolami doceniania minionych wydarzeń, a zarazem braterstwa ludzi morza mogą tu być pamiątkowe tablice, umiejscowione z jego inicjatywy bądź przy współudziale w tak odległych miejscach jak: stacja naukowa PAN w Hornsundzie na Spitsbergenie, wyspy Trobrianda w Papua-Nowa Gwinea, Muzeum Morskie w Reykjawiku na Islandii, port Hantsholm na Półwyspie Jutlandzkim, czy Bahia Boria w Cieśninie Magellana.

Żeglarstwo – przypomina – może także wnosić i wnosi znaczący wkład w badania naukowe prowadzone na morzach, oceanach i odwiedzanych lądach. Temu tematowi, opierając się na własnych doświadczeniach i dokonaniach innych żeglarzy, autor poświęca odrębny rozdział książki. I znów ukazuje w nim, że pamiętne dalekie wyprawy polskich żeglarzy na jachtach: „Dar Opola”, „Śmiały”, „Dar Szczecina”, „Maria”, „Vagabond” i innych, nie były jedynie żeglowaniem dla własnej przyjemności. Maciej Krzeptowski zwraca także uwagę na możliwość angażowana się samych żeglarzy w ochronę środowiska naturalnego.

„Trzymam się morza” to warta polecenia, bardzo pouczająca i ciekawa książka, z której wynika, że żeglarstwo może być także znakomitym sposobem na godne życie.

Zygmunt Kowalski – kapitan jachtowy, dziennikarz

 

Maćku,

jestem po lekturze „twojego trzymania się morza”; gratuluję! Czytałem z zainteresowaniem: imponująca erudycja, rzetelna wiedza, wartościowe uporządkowanie ujęte w strukturze ułatwiającej żeglugę przez Twoje oceany, a ponadto bogata ikonografia, tworzą całość wartościowego dzieła również w wymiarze edytorskim. Pod tym względem książka zasługuje na szczególne wyróżnienie, ale skoro ma się przy sobie takich „profesjonalnych pomocników”… – masz za co dziękować Pani Janinie

Ciekawie prowadzisz narrację łącząc w jednym nurcie historię polskiego żeglarstwa z wybranymi faktami rybołówczych zmagań, rejsów i prac naukowych; powiązań tak istotnych i charakterystycznych dla polskich żeglarzy i rybaków, a zahaczanych zwykle epizodycznie, często nad wyraz sentymentalnie. Odkrywasz ważny element istoty rozumienia morza w szerszym aspekcie, kwestii odpowiedzialności oraz wspólności w tak ujmowanej egzystencji. A poza tym przypomniałeś mi wiele osób, które znałem, szanowałem, więc pobyłem z nimi, dziękuję.

Zbigniew Kosiorowski – kapitan jachtowy, pisarz, dziennikarz

 

Góral, który pokochał morze.

Czytając tę książkę, ostatnią w kończącym się pojutrze roku, miałem wrażenie, że jestem w tawernie portowej, np. w Szczecinie i słucham opowieści wilka morskiego. Tym Wilkiem (przez duże W) był dr Maciej Krzeptowski, którego poznałem przed laty, kiedy jacht Maria z legendarnym kapitanem, Ludomirem Maczką zawinął do Auckland. Książka, „Trzymam się morza”, która w tym roku się ukazała jest pełna osobistych refleksji autora, znanych i nieznanych faktów z dziejów żeglarstwa, fascynujących zdarzeń, anegdot, cytatów i dykteryjek. Nie jest to tylko opowieść z cyklu „Ja”. Na jej bowiem stronicach autor wspomina niemal wszystkich najwybitniejszych polskich żeglarzy, sławne jachty, pływające pod polską i innymi banderami. Maciejowi pisanie przychodzi łatwo, wszak to naukowiec, autor artykułów i książek. W tej ostatniej, pisze o swoich licznych spotkaniach z żeglarzami i szczurami lądowymi, na morzach i kontynentach świata. Sporo miejsca poświęca wizytom w Nowej Zelandii.

Góral „spod samiuśkich Toter”, o zakopiańskim nazwisku, przygodę z morzem rozpoczął jako student nauk przyrodniczych w Poznaniu. Tam zapisał się do uczelnianego klubu żeglarskiego. Morzu pozostał wierny, mimo iż w swoim życiu był również pracownikiem instytutów naukowych i Muzeum Narodowego w Szczecinie. Zresztą, każda jego wyprawa morska miała w dużym stopniu charakter naukowy, o czym również pisze w książce. Maciej wiele przeżył i widział na morzach świata, zmagał się z wieloma niebezpieczeństwami. Życiorys godny pozazdroszczenia, życiorys twardego, odpornego na trudy górala. Oprócz opisywania wyzwań i uroków samego żeglowania, solidarności i wzajemnej pomocy prawdziwych żeglarzy, autor podaje przykłady zmagań z biurokracją (zaczajona pod różnymi szerokościami geograficznymi) czy niepotrzebnego mieszania się polityki do żeglarstwa.

Oburza się na incydent pobicia na plaży w Gdyni, w 2013 roku, grupy, mających śniadą skórę, żeglarzy meksykańskich, którzy kilka dni wcześniej wspaniale zostali przyjęci przez mieszkańców Szczecina na zlocie żaglowców z całego świata.

Wskazuje też na zmiany, nieodwracalne, bo spowodowane niebywałym postępem technologicznym, ale pozbawiające żeglarstwo romantyzmu. Ze smutkiem zauważa, że do miana żeglarzy pretendują ludzie, którzy opływają Przylądek Horn, z wynajętym, za duże pieniądze, skipperem, po to, aby się pochwalić swoim żeglarskim „osiągnięciem”. Horn stal się morskim odpowiednikiem Mt. Everestu, na który, za pieniądze, w miarę bezpiecznie, można się wspiąć z asystą Sherpów.

Są w książce również zabawne historyjki, np. o morskich chrztach, w tym o księdzu, członku załogi jachtu, który klęczał przed Maciejem, przebranym za Neptuna, podczas przekraczania koła podbiegunowego. Otóż, kiedy zwierzchnicy duchownego dowiedzieli się o tym, dostał burę za złamanie przykazania: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Z książki dowiedziałem się również, że poczta butelkowa ciągle jeszcze działa, bo wrzucona w Afryce Południowej butelka z wiadomością po paru latach ląduje na plaży jednej z wysp karaibskich. Odpowiedź nadchodzi jednak pocztą klasyczna, bo prąd morski działał w tym przypadku w jedną stronę…

Nie, nie będę streszczał dzieła Macieja, bo wszyscy którzy kochają żeglarstwo z pewnością po nią sięgną. Jeżeli są zainteresowani, proszę o kontakt.

I na koniec. Ta książka przywołała moje miłe wspomnienia ze spotkań z Maćkiem w Auckland i z wieloma innymi polskimi żeglarzami, którzy przypływali do Nowej Zelandii, ale jest to temat na inną okazję. Tymczasem życzę wszystkim żeglarzom stopy wody pod kilem, a szczurom lądowym, dobrego 2021 roku. Góralowi ze Szczecina zaś gratuluję świetnej książki. Mam nadzieje na spotkanie i kolejne jego opowieści. Może w prawdziwej tawernie portowej, przy butelce rumu?

Bogusław Nowak
Konsul Honorowy RP w Nowej Zelandii
dziennikarz

Recenzja zamieszczona na portalu Kolosy i w żeglarskim periodyku Wiatr

Nowa książka Macieja Krzeptowskiego „Trzymam się morza” po raz kolejny zaskakuje czytelników znających jego poprzednie publikacje. Oto bowiem otrzymujemy jego osobistą relację z ponad 60 lat żeglowania po morzach i oceanach, ale nie jest to sprawozdanie, a zestaw impresji kreślony delikatną ręką prawdziwego wilka morskiego.

Krzeptowski był świadkiem wielu żeglarskich wydarzeń, w wielu z nich sam uczestniczył, od kilkudziesięciu lat znajduje się w epicentrum żeglarskiego życia Szczecina. W książce jednak jest powściągliwy w eksponowaniu swojej osoby, nie lansuje się choć okazję miałby do tego znakomitą. Świetnie pisze, jego narracja jest spokojna, autor zręcznie przeskakuje z tematu na temat, odkrywając czasem żeglarskie tajemnice skrywane od dziesięcioleci.
Czy wiedzieliście, że piasek spod Narviku wieziony w urnie na jachcie w 1957 roku nie dotarł do celu i trzeba było go zastąpić innym? Czy wielu z nas pamiętało o losach galionu „Marii”? Takich ciekawostek w książce jest znacznie więcej, a Maciej spokojnie sypie jak z rękawa kolejnymi. Trochę mimochodem wspomina o pracy na „rybakach”, o życiu z dala od rodziny, pisaniu listów i monotonii codziennego życia na trałowcu. Pokazuje jak żeglował na „Marii”, ale opisuje także poznanych w portach ludzi, często z innych kultur, z którymi nader szybko łapie nić porozumienia, z wieloma z nich utrzymując kontakt przez dziesięciolecia. Wraca do lat 50. ubiegłego wieku i restrykcji związanych z uprawianiem żeglarstwa na wodach wewnętrznych patrząc dziś na nie z lekkim przymrużeniem oka.
Książka zawiera wiele anegdot, osobistych wspomnień, co czyni tę opowieść nieco intymną, ale autor nie przekracza granicy przymilania się do czytelnika. Doskonale potrafi balansować pomiędzy wspomnieniem a impresją, między patosem i dystansem do ludzi, zdarzeń i dawno minionych sytuacji. Dużym walorem publikacji jest szata graficzna. Dziesiątki zdjęć, zupełnie wcześniej nieznanych, wkomponowanych w tekst, czynią relację barwną i uzupełniają ją w wielu miejscach o elementy, które słowami trudno było przekazać.
„Trzymam się morza” to książka do spokojnego czytania, do smakowania opowieści człowieka, o którego w żeglarstwie ociera się już trzecie pokolenie adeptów tego sportu. Autor dzieli się wspomnieniami, ale czyni to w sposób lekki, spokojny, bez szukania sensacji. Czytając tę książkę poznajemy bliżej autora, człowieka pogodnego, obdarzonego zmysłem obserwacji, zdystansowanego od pogoni za laurami i zaszczytami. Świetna lektura na jesienne wieczory.
Marek Słodownik

Kolejna recenzja, tym razem filmowa:


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *